Przejdź do treści

Niewypowiedziany ból na płótnie. Czy René Magritte ukrył wstyd za maską surrealizmu?

Ostatnio odwiedziłam w Berlinie wystawę surrealistów, między innymi René Magritte’a. Ta wizyta natchnęła mnie, by natychmiast zanurzyć się w biografię tego niesamowitego malarza. Zapewne kojarzycie jego tajemniczych mężczyzn w melonikach albo płótna, na których twarze postaci są szczelnie zasłonięte białymi chustami.

Mnie jego twórczość zachwyciła, kiedy byłam jeszcze nastolatką. Przyznam się Wam, że ujął mnie wtedy pewien artykuł. Dziennikarz przytaczał w nim słowa samego Magritte’a, który twierdził, że jego sztuki wcale nie trzeba rozumieć, bo tam i tak nic nie jest tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka. Ponieważ sama nie przepadam za klasycznym surrealizmem, takie postawienie sprawy bardzo mnie uspokoiło i wręcz zachęciło do dalszego odkrywania jego świata.

Tym razem jednak, patrząc na jego dzieła przez pryzmat Totalnej Biologii, odkryłam kolejny, fascynujący trop psychobiologiczny. Magritte zmarł na raka trzustki. W psychobiologii ten narząd choruje najczęściej wtedy, gdy niesiemy w sobie konflikt tak zwanego „podłego kęsa” – poczucie ogromnej hańby, wstydu czy zniesławienia w klanie rodzinnym.

W biografii artysty przeczytałam, że kiedy był nastolatkiem, jego matka popełniła samobójstwo, tonąc w rzece. Gdy znaleziono jej ciało kilka dni później, twarz miała owiniętą własną koszulą nocną. Czy w tamtych czasach, w 1912 roku, w małej belgijskiej miejscowości, taka tragedia mogła być powodem potwornego wstydu? Czy mogła stać się rodzinnym tematem tabu, źródłem plotek sąsiadów i wszechobecnego napięcia? Jak mocno to dramatyczne wydarzenie odcisnęło swoje piętno na wrażliwym nastolatku?

Zaczęłam się głęboko zastanawiać, czy artysta mógł przenieść ten skrywany ból prosto na swoje płótna. Na słynnym obrazie „Kochankowie” postacie mają przecież pozakrywane twarze białymi płótnami. Czy to nie jest wyraźne nawiązanie do śmierci matki? A zwróciliście uwagę na jego mężczyzn w melonikach? Oni również niezwykle często nie mają widocznego oblicza – raz zasłania ich zielone jabłko, innym razem biały gołąb, gazeta lub bukiet fiołków, a czasem są po prostu odwróceni do nas tyłem. Czy to ciągłe „chowanie twarzy” mogło być malarskim wyrazem wstydu, który Magritte nosił w sobie przez całe życie?

Co ciekawe, artysta w przeciwieństwie do innych surrealistów nie był zwolennikiem psychoanalizy i stanowczo zaprzeczał, że jego obrazy w jakikolwiek sposób nawiązują do osobistych traum. Ale czy tak było naprawdę? Ciało prawdopodobnie pokazało swoją chorobą, że choć sztuka potrafi pięknie uwalniać to, co niewypowiedziane, to sam artysta jednak nie przepracował tego trudnego doświadczenia do końca.

A jak to wygląda u Was? Czy zauważyliście kiedyś w swojej twórczości albo codziennych wyborach ślady historii swoich przodków? Podzielcie się koniecznie swoimi przemyśleniami w komentarzach, jestem niezwykle ciekawa Waszych historii!

Moi drodzy, na koniec chciałabym bardzo wyraźnie zaznaczyć jedną rzecz. Z mojego punktu widzenia są to wyłącznie czyste obserwacje biograficzne. W żaden sposób nie oceniam ani nie komentuję metod leczenia, ani oficjalnych diagnoz lekarskich. Moim celem jest jedynie sprawdzenie, czy fakty z życia znanych osób potwierdzają niesamowite mechanizmy i konflikty przedstawiane przez twórców Totalnej Biologii, które mogą stać za chorobami, na jakie te osoby cierpiały lub zmarły w przypadku tego bohatera.

Porozmawiajmy o Twojej drodze.